Od wojny minęły 2 miesiące, a Wodogrzmoty nadal się nie podniosły po stracie najbliższych. Co prawda odbudowaliśmy to co zostało zniszczone oraz poszerzyliśmy nasze granice aby móc postawić nowe domy dla naszych nowych mieszkańców. Już na pierwszy rzut oka było widać że każdy próbował robić dobrą minę do złej gry. Nikt nie chciał dać po sobie poznać, że nie otrząsnął się nadal po poniesionej stracie. Dobrze rozumiałem tych ludzi, codziennie budziłem się z myślą że to był tylko sen i znajdę Paulę w kuchni przygotowującą śniadanie, ale niestety to właśnie jest tylko snem, a po przebudzeniu zastaje mnie ta sama szara rzeczywistość. Chciałbym już o tym zapomnieć i żyć dalej ale nie mogę. Paulina zostawiła po sobie zbyt duży ślad na moim sercu. To będzie trudniejsze niż myślałem. Tak wogóle to zostałem wybrany nowym przywódcą i właścicielem Wodogrzmotów Cienia. Wampiry, które przybyły z Katherine podzieliły się na dwie grupy. Jedna z nich postanowiła tutaj zostać a druga zdecydowała się wrócić tam skąd przybyła. Podziękowaliśmy im za pomoc i obiecaliśmy sobie wzajemną pomoc jeśli będzie ona konieczna. Po objęciu dowództwa przejrzałem dane i wszystkie zapisy sporządzone przez poprzednich przywódców. Okazało się, że utrzymywali oni w tajemnicy to iż istnieją jeszcze dwie osady na świecie takie jak Wodogrzmoty Cienia. Nie wiem tylko dlaczego jest to trzymane w tajemnicy. Postanowiłem zwołać radę aby ich o tym poinformować i żebyśmy razem zdecydowali co z tymi informacjami zrobić. Zebranie ma się odbyć dziś o 14 czyli za niecałe 5 minut, a ja jeszcze leżę w łóżku. Muszę się szybko ogarnąć bo nie chcę żeby mnie zobaczono w rozsypce emocjonalnej.
-No dalej Elijah, podnieś się i weź się w garść.-mówił mi głos w głowie.
Zrobiłem to a już chwilę później rozległo się pukanie do drzwi.
-Otwarte!!!-krzyknąłem
Usłyszałem jak drzwi się otwierają i do mojego domu wchodzi 10 osób.
-Elijah? Gdzie jesteś?-krzyknęła Elena
-W salonie!-odkrzyknąłem.
Po chwili zaczęli wchodzić do salonu i zasiadać przy okrągłym stole.
-Witajcie moi drodzy. Spotkaliśmy się tutaj aby porozmawiać o bardzo ważnych informacjach, które odkryłem przeglądając dokumenty i zapiski moich poprzedników. Chciałbym...-mówiłem nim mi przerwała.
-No proszę w końcu ktoś porządny na tym stanowisku. W krótkim czasie po objęciu dowództwa już zabrałeś się za papierkową robotę. Brawo jestem dumna.-powiedziała z charakterystycznym dla siebie uśmiechem Katherine.
-Czy to ci przeszkadza małpo?-odpowiedziała jej zgryźliwie Rebekah.
-Nie ale najwidoczniej ty masz problem z moją osobą blondyneczko-odcięła się Katherine.
-Wiesz że i tak nie masz już szans u mojego brata zdziro.
-Hej! Uważaj jak się odzywasz do mojej matki!-uniosła się Diana.
-Ojej no proszę córka musi bronić nieustraszoną Katherine Pierce. Co za upadek-prychnęła Rebekah.
-Nikt mnie nie musi bronić. Sama sobie poradzę.
-Jesteś pewna?
-Chcesz się przekonać to zapraszam do tańca na zewnątrz.
-Z rozkoszą.
W tym momencie obie wstały i jeszcze chwila a rzuciłyby się sobie do gardeł. Reszta tylko patrzyła i uśmiechała się.
-Dziewczyny uspokójcie się! Nie zapominajcie o celu naszego spotkania. Nie są nam potrzebne walki między sobą. Dość natychmiast siadajcie.-krzyknąłem na nie obie.
-Braciszku nie przesadzaj my się tylko tak droczymy po kumpelsku, nie ma się czego obawiać. Prawda Katherine?-powiedziała ironicznie Rebekah.
Katherine z wymuszonym uśmiechem odpowiedziała:
-Ależ oczywiście. Chciałyśmy tylko rozluźnić atmosferę. Od kiedy jesteś taki nudny Elijah. Wyluzuj.
Usiadły.
-Dobrze a więc przejdźmy do konkretów.-powiedziałem.
Opowiedziałem im wszystko czego się dowiedziałem z zapisków. Tak jak przypuszczałem informacja o innych osadach najbardziej ich poruszyła.
-Chwila skoro są inne osady to dlaczego my nic o nich nie wiemy?-zapytał Kol.
-Czy stanowią one dla nas jakiekolwiek zagrożenie?-zapytała Davina.
-Czy jest się czego obawiać?-dodała Elena.
-Dlaczego nie przyszli nam z pomocą?-zapytał Marcel.
-Mogliby zmniejszyć straty po naszej stronie.-powiedziała Rebekah.
-Gdzie wogóle są te osady?-zapytała Tatia.
Tyle pytań na raz. Nawet nie czekali na odpowiedź. Nie wytrzymałem i krzyknąłem:
-Cisza! Dajcie mi dojść do głosu. Zadajecie tyle pytań że nawet nie mogę zacząć na nie odpowiadać.
-No dobrze to może powiedz nam coś więcej o nich.-odezwał się po raz pierwszy Klaus.
-Dobrze, a więc po pierwsze nie wiem dlaczego poprzedni dowódcy ukrywali tę informację, być może mieli konkretne powody. Po drugie myślę że nie stanowią one dla nas zagrożenia, bo gdyby tak było to już by nas zaatakowali, mogę nawet przypuszczać że nie wiedzą oni ani o nas ani o sobie nawzajem. Także myślę, że nie mamy się czego obawiać. Po trzecie brak świadomości o naszym istnieniu wyjaśniałby dlaczego nie pomogli nam nigdy. Rebekah ma rację twierdząc że z ich pomocą straty w bitwach byłyby mniejsze lecz na to już nic nie poradzimy. Mogą nam oni jedynie pomóc w następnych jeśli ich znajdziemy.Po czwarte z zapisków wynika, ze jedna z osad jest w zniszczonym kiedyś przez nowo narodzonych mieście Barrow na Alasce.
-Chwila, przecież Barrow zniszczył wybuch elektrowni, mówili o tym we wszystkich wiadomościach na świecie.-powiedziała Bonnie.
-Tak ale najpierw nowo narodzeni wybili całe miasteczko podczas 30 dni kiedy to panuje tam ciemność. Nasze organy zatuszowały to właśnie wybuchem elektrowni. Sprawę zakończono rok później i już do niej nie wracano.-odpowiedziałem.
-Czyli pierwsza osada to miasteczko na Alasce, a druga jest gdzie?-spytał Klaus.
-Druga jest gdzieś na Saharze w Afryce.-powiedziałem od razu.
-Wow to nie dziwię się że nam o nich nie mówiono. Przecież od razu widać że każda osada myśli że jest jedyna.-powiedziała Diana.
-Wstępny plan jest taki żeby wysłać ludzi do tych dwóch osad i nawiązać z nimi pokojowe stosunki. Co o tym myślicie?-zapytałem.
-Myślę że to dobry pomysł. Ja i Bonnie byśmy poszły z grupami dla ochrony. To może się udać.-odezwała się Davina.
-Zgadzam się z Daviną.-odezwała się Bonnie.
-Czyli co wszyscy się zgadzają?-zapytałem.
Wszyscy skinęli głowami w geście zgody.
-Dobrze to wracajcie do swoich zajęć a ja zaplanuje wyprawy.-powiedziałem.
Wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia.
-Katherine zostań na chwilę.-powiedziałem widząc wstającą Katherine.
Kiedy wszyscy wyszli podeszła do mnie i spojrzała mi w oczy. Po chwili oboje zaczęliśmy się uśmiechać.
-Jesteś taki sexy gdy jesteś taki stanowczy wiesz o tym?-powiedziała.
-Hmm możliwe, ale lubię to słyszeć. Byłaś dziś niegrzeczna.-powiedziałem.
-Tak wiem, szefie. Chyba należy mi się kara.
Mówiąc to usiadła na stole objęła mnie nogami w pasie przyciągnęła do siebie i zaczęła całować. To uczucie było nie do opisania. Dawno tego nie czułem. Już zapomniałem jak to jest być w objęciach Katherine i jak to jest ją całować. Nie wiem co się ze mną stało ale pragnąłem jej, jej ciała i sexu z nią. Obudziło się we mnie uczucie które tylko ona potrafiła obudzić we mnie.
-Oj tak kara ci się należy. Dostaniesz ją w moim pokoju. Trochę ci się nazbierało.-powiedziałem i biorąc ją na ręce poszliśmy do mojej sypialni gdzie spędziliśmy noc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz