Następne dni mijały dość szybko. Nikt jak na razie ani razu nie wspomniał o temacie który został poruszony podczas zebrania. Ja i Katherine postanowiliśmy dać sobie jeszcze jedną szansę. Jak na razie wszystko układa się po naszej myśli i mam nadzieję, że będzie już tak na wieczność. Kiedy się budzę to zapach jej perfum drażni moje nozdrza, uwielbiam ten zapach i fakt że jest do kogo się przytulić. Nie oznacza to jednak że zapomniałem o Pauli, nawet gdybym chciał to bym nie był w stanie. Paula znaczyła dla mnie zbyt wiele żebym mógł o niej zapomnieć. Katherine ma tą świadomość że jej nie dorównała i nigdy tego nie zrobi, jednak jej to nie przeszkadza i cieszy mnie to. Wbrew temu co wszyscy sądzą, Katherine to dobra kobieta, która w przeszłości doznała ogromnej krzywdy, co zaważyło na tym kim się później stała. Miałem wiele okazji by ją poznać i wiem jaka jest na prawdę pod tą całą skorupą twardej suki. Odnalazłem przy niej szczęście i mam nadzieję, że reszta moich bliskich to zaakceptuje. Razem z Katherine postanowiliśmy zaplanować wyprawy do pozostałych osad, jednak nie odbędą się one w tym samym czasie, ponieważ mocniejsi jesteśmy tylko wtedy kiedy trzymamy się razem. Zaczniemy od osady na Alasce. Wyruszymy za 3 dni. Dziś zwołam zebranie na którym przedstawione zostaną szczegóły całej wyprawy. Liczę na to że nie dojdzie do walki. Dosyć już stoczyliśmy walk we własnych interesach oraz w obronie osady i tych na których nam zależy. Teraz trzeba robić wszystko by utrzymać się na świecie bez strat i nie dać światu możliwości odkrycia istnienia naszych gatunków. Nasze życie zależy tylko od nas samych i od tego jak je sobie zaplanujemy chociaż w pewnym przedziale czasu.
-O czym tak myślisz Elijah?-usłyszałem zaspany głos mojej kobiety, co wybiło mnie z moich przemyśleń.
-O życiu moja droga, o życiu.-odpowiedziałem
-Elijah Mikaelson zawraca sobie głowę czymś takim jak życie? Nie wierzę.
-To uwierz moja droga, czasem nawet ja mam chwile, w których zastanawiam się nad swoim życiem i zadaję sobie pytanie co by było gdyby.
-Daj spokój skarbie, dziś ważny dzień. Zaplanujemy wyprawę która może zmienić nasze życie oraz mieszkańców Wodogrzmotów Cienia.
-Wow Katherine a od kiedy ciebie to obchodzi?
-Wiesz wydarzenia w ostatnim czasie, na serio mnie zmieniły. Sama w to nie wierzę ale moje człowieczeństwo chyba do mnie wraca. Dzięki tobie i mojej córce mam dla kogo się zmienić i dla kogo żyć uczciwie.
-Cieszę się że doczekałem takiej chwili. Jestem z ciebie dumny.
-Dobra dosyć tych sentymentów, czas wstawać i zwołać radę.
Dwie godziny później rozpoczęła się rada. Plan został ustalony i zatwierdzony przez wszystkich. Nazajutrz wyruszamy na Alaskę. Mam nadzieję że nie czekają nas tam żadne niespodzianki i nieprzyjemne sytuacje. Wyruszymy o świcie 20 osobową grupą. Elena i Tatia są sceptycznie nastawione do tego pomysłu, lecz Bonnie i Davina są pewne że wszystko nam się uda więc musimy w to wierzyć.
2 dni później
Wyruszyliśmy bladym świtem gdy większość Wodogrzmotów Cienia pogrążona była we śnie. Przed nami było 5h drogi. Nie przewidywaliśmy po drodze żadnych przerw. Szliśmy w parach i tak było nam wygodniej, każdy mógł przebywać z kim chciał lub dołączyć do innych. Po jakichś 2 godzinach drogi Bonnie stanęła jak wryta i nie mogliśmy do niej dotrzeć w żaden sposób. Po jakichś 10 minutach wróciła do nas. Elena znalazła się przy niej jako pierwsza.
-Bonnie co się stało? Wszystko z tobą w porządku?-zapytała przerażona.
Bonnie spojrzała na mnie pustym wzrokiem.
-Widziałam ją...Widziałam ją Elijah.-powiedziała pół głosem.
-Osadę?-zapytałem.
-Ją też ale nie chodzi mi o to że ją zobaczyłam, tylko kogo w niej zobaczyłam.
-No mów kogo?
-Widziałam wszystkich tych których kochaliśmy, tych którzy odeszli z tego świata. Była tam...ona też tam była. Paula jest w tej osadzie.
-To niemożliwe, przecież ona nie żyje, a druga strona została zniszczona.
-Widocznie nie do końca.
-Czy był tam ktoś żywy?
-Nie same duchy zmarłych. Trochę to dziwne, bo wcześniej miałam niewyraźne przebłyski tej osady, a teraz widziałam wszystko tak jakbym tam była. Musieliśmy przekroczyć jakąś barierę, a to oznacza, że osada jest bliżej niż nam się wydawało. Musimy się mieć na baczności.
-W tym miejscu pokojowe nastawienie prysło.-odezwał się Klaus.
-Klaus nawet nie myśl o ataku.-powiedziała stanowczo Rebeka.
-Droga siostro wybacz ale kiedy w grę wchodzą duchy to nigdy nie zwiastuje nic dobrego a już na pewno gdy w grę wchodzi cała osada, która bóg wie jak wielka jest.
-Mówię to niechętnie ale Klaus ma rację.-wtrąciła Elena.-Jeśli mamy przetrwać to musimy zaatakować. Jeśli faktycznie przekroczyliśmy jakąś barierę to mogliśmy włączyć alarm, a jeśli nie to mamy element zaskoczenia, który powinniśmy wykorzystać najlepiej jak się da.
-Sobowtór dobrze mówi-odparł Kol.
-Zgadzam się z Eleną.-dodała Katherine.-Jeżeli nie chcemy ponieść strat to musimy zaatakować póki mamy na to szansę. Elijah ty zdecyduj.
Po tych słowach wszyscy skupili swój wzrok na mnie.
-Cóż...nie ma co ukrywać że czegoś takiego się nie spodziewaliśmy i nie wiem co robić, lecz Elena miała sporo racji w tym co powiedziała, więc chyba tak zrobimy. To jak na razie najrozsądniejsze rozwiązanie jakie mamy.-oznajmiłem.
-Chodźcie tu wszyscy szybko!-usłyszałem krzyk Rebeki
Pobiegliśmy do niej, a gdy tam dotarliśmy zobaczyliśmy naprzeciwko niej kilkanaście duchów.
-O mój boże!-krzyknęły Elena i Bonnie jednocześnie
-To nie może być ona, ona zginęła lata temu.-powiedziała przez łzy Elena podchodząc z Bonnie do ducha młodej blond dziewczyny.
-Caroline? Czy to na prawdę ty?-odezwała się Bonnie do ducha blondynki.
Duch spojrzał na nią i na Elenę. Twarz dziewczyny przeszedł uśmiech.
-Bonnie? Elena? Wy mnie widzicie?-powiedział delikatnie duch dziewczyny.
-Tak, tak. O mój boże Caroline to na prawdę ty, ale jak to możliwe, przecież ty zginęłaś w wypadku samochodowym z twoją mamą wieki temu.-powiedziały przez łzy.
-Elena Bonnie ja sama nie wiem co się ze mną stało, zanim zniszczono drugą stronę byłam ciągle przy was, chroniłam was przed złem ale potem stało się co się stało i znalazłam się tutaj.
-Caroline siedź cicho, to może być jakaś sztuczka lub podstęp aby nas złamać.-powiedział jeden z duchów.
Tego głosu nie dało się pomylić z żadnym innym. Gdy on rozbrzmiał, to od razu poczułem uścisk ręki Katherine na moim ramieniu.
-To chyba jakiś żart.-powiedziałem.
Duch chyba mnie usłyszał bo wystąpił z szeregu. Piękna dziewczyna o uroczej twarzy, niska czarnulka z pięknym uśmiechem. Z wrażenia nie wiedziałem co powiedzieć, po prostu wyszedłem z uścisku Katherine i podszedłem do niej.
-Paula.
-Elijah
-Jaja sobie robicie?-usłyszałem Katherine.